|
„Walczę o życie, a on myśli, że mu do zdjęć pozuję"
Dziewięć i pół motoru
W Lipianach przed trzema laty wybuchła epidemia. Grupa mężczyzn zaraziła się miłością do powojennych, wojskowych, rosyjskich motocykli z koszami. I choć jeden dzień jazdy takim motorem kosztuje tydzień naprawy, nic nie jest już w stanie odciągnąć ich od tej pasji.

Bogdan Pakuła - najlepszy jeździec na świecie -jak mówi Emil. - Przechwala mnie - odpowiada Bob. FOT ANDRZEJ SZKOCKI
To faceci od sześciu do sześćdziesięciu lat. Na początku mieli trzy motory, teraz - jak mówią - dziewięć i pół, bo jeden jest bez kosza. Prezesem jest najmłodszy - Dawid, syn Boba. Dawid śmieje się, zjeżdżając w koszu motoru z góry, podczas gdy jego starsi koledzy wyskakują w biegu ze strachu. - Szanujemy go za odwagę - mówi najstarszy z grupy, Emil, który swoją pasją zaraził syna Bogdana i dwóch nastoletnich wnuków: Denisa i Damiana. Oprócz nich do nieformalnej grupy z Lipian należy Robert, Andrzej, Mały, Julek, Muniek i Sławek - dusza towarzystwa. Dwóch innych panów jeszcze nie ma własnych motorów, na razie pomagająca naprawach.

Emil Soliński albo wędkuje, albo naprawia swoje maszyny. Przyznaje, że sprawia mu to ogromną radość. Fot. ANDRZEJ SZKOCKI
Grupa motocyklistów najbardziej widowiskowo wygląda na zlotach i paradach. Ubierają się w wojskowe moro, przyczepiają do motorów karabiny maszynowe.
- Mam takiego rosyjsko-niemieckiego składaka - mówi Bob. - Tojest właściwie trzydzieści procent karabinu, jest zupełnie bezpieczny.
- Niedawno wędkarze dali nam znać, że coś jest w szambie, kolo Żabowa - zdradza Emil. - Wyciągnęliśmy z synem niemiecki karabin maszynowy MG 42.
W czerwcu pokazali się na zlocie militarnych pojazdów w Darłowie. Mieli tam mały konflikt z ochroną.
- Ulokowali nas na niskim terenie, wśród kempingów. Przeszkadzaliśmy ludziom, wszystko chlapaliśmy, wyjeżdżając z błota - żalisię Bob i Emil. Lepiej wspominają Polanowo, gdzie byli na początku lipca. Zjechało się tam ponad półtora tysiąca motorów.
- Zgarnęliśmy wyróżnienie i puchary za piękną jazdę i popisy, bo mamy co pokazać! - opowiadają z dumą. - Jeździliśmy przez muldy, w wielkim kurzu, przez błoto. Na dwóch kolach i na jednym. Robiliśmy to z wielkim poświęceniem, tak że nikt nie odważył się w tym czasie wjechać na plac. Tylko w piciu piwa przegraliśmy, bo nie pijemy. Ale i tak wszyscy byli zachwyceni, daliśmy czadu i zaczęli się nami interesować.
Wywiady, zdjęcia - przez ostatni miesiąc stały się dla nich powszechne. Ze śmiechem wspominają, jak pewnemu fotoreporterowi zależało na dobrych zdjęciach. Bogdan z takim poświęceniem pokazywał sztuczki na swoim motorze, że stracił nad nim panowanie. Fotoreporter był wniebowzięty, a Bogdan się zdenerwował: „Walczyłem o życie, a on cały czas myślał, że mu do gazety pozuję!"
Emil jest na rencie, jego drugą, po motorach, pasją jest wędkowanie. Codziennie wypływa na ryby. Jego żona też kiedyś jeździła motorem, teray sie boi. W garażu Emil ma mały warsztat: tokarka, spawarka, sprężarka. Godzinami reperuje tam swoje maszyny. Kolo domu ma szopę, z której chce zrobić magazyn na motocykle, a ma ich już... piętnaście.
- To jest K 750 z 1952 roku, czyli pospolicie „Kaśka", ma wsteczny bieg, napęd na kosz. To Derad 06, to Gazela z 1956 roku. Wykonanie jest rosyjskie, a konstrukcja BMW - wyjaśnia Emil. - Kupujemy je na giełdzie w Łodzi lub Wrocławiu za około dwa i pół tysiąca złotych, po odnowieniu ich wartość wzrasta nawet do sześciu tysięcy. Remontujemy je według zdjęć ze starych gazet. Te motory spalają bardzo dużo paliwa, od dwunastu, do piętnastu litrów, dlatego nie opłaca się nimi jechać na zjazd, zawozimy je na lawecie. Prędkość rozwijają do osiemdziesięciu kilometrów na godzinę.
Na tablicach mają wypisane imiona lub pseudonimy: „Bob z Lipian", „Emil z Lipian". Gdy nie ma zjazdów gdzieś w Polsce, trenują na Górach Skrzynkowskich w Lipianach.- Motor, kawałek ogniska, kawałek mięsa - czy coś więcej potrzeba do szczęścia?
Emilia Chanczewska
|